Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podsumowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podsumowania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Chrystus na twardym dysku - o religii w grach video


Nieważne, jak bardzo developerzy staraliby się być delikatni i obiektywni w kwestiach religijnych, jeśli w ich produkcji znajdzie się choć słowo o wierze, mogą się liczyć z protestami różnorakich środowisk, do głębi urażonych i wstrząśniętych obrazoburczymi treściami. Zazwyczaj nikt z oburzonych nawet obok takowej gry nie stał, a co dopiero ją odpalił, ale to już nikogo nie interesuje.
Stąd też Ubisoft zachowawczo umieszcza w serii Assassin’s Creed zapewnienie, że zespół odpowiedzialny za jej stworzenie jest pełen szacunku do różnych przekonań, zaś pozostałe firmy, dla świętego (nomen omen) spokoju, jeśli owych treści nie mogą ominąć ze względów fabularnych, uciekają się do wymyślania własnych, nieistniejących wierzeń, lub też posiłkują się religiami, których nikt (lub prawie nikt) już nie wyznaje. Jeszcze inni programiści natomiast, licząc na łatwy zysk, nakręcają akcję marketingową za pomocą skandalu. Poniżej znajdziecie co ciekawsze, mniej lub bardziej kontrowersyjne, koncepty scenarzystów na wplecenie tematyki religijnej w grach.

Seria X-COM, czyli czar wspomnień i gorycz rozczarowań


Zgodnie z zegarem na Steam, w chwili, gdy piszę te słowa, do wydania XCOM: Enemy Unknown pozostał 1 tydzień, 3 dni i 15 godzin. To stanowczo za mało czasu, by przejść najdoskonalszą strategię w historii:  X-COM: UFO Defense (u nas znanej jako UFO: Enemy Unknown – stąd hybrydowy tytuł nadchodzącej produkcji Firaxis). Chyba, że gralibyście non-stop – z moich wieloletnich doświadczeń wynika, że na dojście do etapu rozgrywki, w którym macie świetnie przeszkolonych w walce psionicznej żołnierzy i zbliżacie się do ostatecznego starcia na Marsie, potrzebujecie około 40h na średnim poziomie trudności. Ale podejrzewam, że mało kto podejmie się przejścia chociaż jednej części serii przed nadchodzącą wielkimi krokami premierą.

"Słuchasz Britney? Zdurniałeś?" - Top 10 muzycznych Guilty Pleasures


Wszyscy chcemy uchodzić za światowych, wykształconych i wrażliwych na prawdziwe piękno, bo przecież tylko PRAWDZIWA SZTUKA warta jest uwagi, prawda? Nie wypada w doborowym towarzystwie wspominać o pulpie, masówce i (ukochane słowo wszystkich MIŁOŚNIKÓW KULTURY) komercji, bo przecież szeroko pojęta popkultura z definicji musi sprowadzać wszystko do najniższego wspólnego mianownika i celowo kierowana jest do debila, czyż nie?
Nie, moje kochane pysiaczki. Mylne przeświadczenie o tym, że pop to śmierdzący obornikiem szajs jakich mało sprawia, że szary obywatel podczas konwersacji boi się przyznać, że ogląda filmy Michaela Baya, programy na MTV czy czytuje Pudelka. A to niekoniecznie definiuje go jako skończonego kretyna, bo człek prawdziwie inteligentny potrafi skutecznie przesiać informacje. Jest zdolny do zauważenia ewidentnych wad danego produktu, co jednoczesnie nie przeszkadza mu w jego odbiorze (choć obcuje z nim z zupełnie innych powodów, niż sądzą twórcy). I, co najważniejsze, umie się bawić przy wszystkim, zamiast kręcić nosem, wmawiając samemu sobie, że dane zjawisko to syf nieziemski, choć ewidentnie powstrzymuje przytupywanie nóżką w takt lecącej właśnie muzycznej popeliny. A drogą do szczęścia jest brak takowych zahamowań. Jeśli coś się podoba, to nie ma czego ukrywać – pieprzyć konwenanse, olać co ludzie powiedzą.  Przecież nie można całe życie chodzić z kijem w odbycie i zmuszać się do oglądania artystowskich wynurzeń von Triera i udawać, ze to najlepsze, co się w życiu widziało. Nie da rady do utraty tchu katować się gitarowymi onanistami i podziemną sceną jazzową, bo można dostać psychicznego skrzywienia, które uniemożliwi nam normalne porozumiewanie się z bliźnimi. Za to pozbawiona większych walorów artystycznych papka łatwo się przyswaja, wpada w ucho i człowiekowi, który nie musi leczyć żadnych ukrytych kompleksów, po prostu sprawia odrobinę przyjemności.

Pożeram śmiało ciało - najciekawsze wizerunki Żywych Trupów w popkulturze


Z początku, z okazji premiery 3 epizodu produkcji Telltale Games – The Walking Dead, chciałem przybliżyć szacownym czytelnikom materiał źródłowy, na kanwie którego powstała ta klimatyczna, podzielona na epizody przygodówka. Jednakże tekstów i analiz dotyczących jednej z najlepszych komiksowych serii ostatniej dekady powstało już tyle (sam nie omieszkałem napisać kilka na różnorakich serwisach), że powtarzanie tych samych pochwalnych pieśni na część Roberta Kirkmana i jego umiejętności prowadzenia narracji nie ma najmniejszego sensu. Ustalmy po prostu, że papierowe The Walking Dead zasługuje na najwyższe uznanie (w przeciwieństwie do serialowej adaptacji, ale to temat na oddzielny artykuł). Zarzuciwszy swój pierwotny plan, postanowiłem przybliżyć czytelnikom najznamienitsze tytuły w gatunku ożywionych zwłok w grach video, ale ta idea po namyśle również okazała się nietrafiona - produkcji o zombie powstaje około miliarda, z czego godne polecenia bywają raptem dwie rocznie.
Dlatego też stwierdziłem, że należałoby zająć się resztą popkultury zahaczającą o temat martwych pożeraczy ludzkiej tkanki.  Zaznaczę już teraz, by nie było wątpliwości – jestem wielkim Fanem zjawiska, jakim są zombiaki. Tak, „Fan” został napisany przez duże „F” z pełną premedytacją. Uwielbiam, jak żywe trupy (niezależnie od przyczyn ich powstania) oddziaływają na ludzką wyobraźnię, jak potrafią być zarówno alegorią poważnych tematów, jak i obiektem żartów. Żadne inne legendarne monstrum, których pełno gnieździ się od wieków w ludzkiej świadomości, nie odniosło tak masowego sukcesu jak zwyczajny, powłóczący nogami kawałek gnijącego mięsa. A wampiry i wilkołaki, zapytacie? Pfeh, te pierwsze straciły w oczach opinii publicznej, odkąd zaczęły się skrzyć na słońcu niczym kula dyskotekowa, a te drugie przestały być straszne od momentu, w którym nieprzebyte puszcze przestały otaczać ludzkie siedziby. Tylko  nadszarpnięte rozkładem ciało dalej pozostaje na topie. Sprawdźmy zatem, które z dzieł, z innych niż gry video dziedzin rozrywki, najlepiej poradziły sobie ze zobrazowaniem martwych przyjemniaczków, zapadły wystarczająco w pamieć lub postarały się podejść do tematu w intrygujący sposób.

Taki sławny, taki znany może nerdem być


Wciąż zastanawia mnie, w jaki nieszczęsny sposób stereotyp gracza jako zapryszczonego młodego zboczeńca wciąż tkwi w świadomości statystycznego Kowalskiego. I to mimo dziesiątek badań i statystyk robionych co roku, udowadniających, że głównym targetem w branży gier video jest facet w wieku produkcyjnym z własnymi dochodami i najczęściej w związku z prawdziwą kobietą, a nierzadko też z dziećmi pod swą kuratelą. Ale cóż poradzić, wspomniany statystyczny Kowalski takowych raportów nie czyta (bo po co, w końcu ćwierć książki rocznie na jednego obywatela to wystarczająco dużo), w dzienniku telewizyjnym obchodzi go tylko news, że inni mają gorzej, a słowo pisane, które jako jedyne dociera doń codziennie, to komentarze na Onecie i Pudelek.
I tu jest pies pogrzebany. Zamiast obszernych jak Encyclopedia Brittanica protokołów ujawniających suche fakty, wszyscy walczący o dobre imię graczy powinni pisać to, co do Kowalskiego trafia. Bo Kowalski lubi sobie pomyśleć, że choć trochę żyje jak celebryta. Kupi sobie 40-calowy TV na raty, bo gdzieś przyuważył, że taki sam ma Jurek Dudek. Znajdzie na allegro dla żony podróbkę torebki Vuittona, bo wypatrzyła podobną u partnera Eltona Johna. Gdyby do tak zwanego ogółu dotarło, że gwiazdy lubią po wizycie w studiu nagraniowym lub na planie zrelaksować się przed konsolą bądź pecetem (choć wiele z nich się tym nie chwali, gdyż również są ofiarami stereotypowego myślenia o graczu wspomnianego na wstępie), wirtualna rozrywka prawdopodobnie wreszcie wyszłaby z bocznej, ciemnej alejki trafiła na salony. Stąd też pomysł na niniejszy artykuł – niech będzie małą cegiełką dołożoną do reformy myślenia statystycznego Kowalskiego. Być może za kilka lat na raucie u Wajdy, przy prosiaku wypchanym kaszą, Bachleda-Curuś zapytaŻebrowskiego, jak załatwić ostatniego bossa w najnowszym Halo i dowiemy się o tym z plotkarskich serwisów.
Poniżej znajdziecie zbiór fun factów w formie listy (niepełnej, rzecz jasna), dotyczących znanych osobistości z wszelkich dziedzin rozrywki, które lubią sobie po prostu pograć. Pokażcie swym żonom, babciom, wąsatym wujkom i znajomym zakładającym skarpety do sandałów.

Gracze na srebrnym ekranie


Zestawienie słów „gra” i „film” w jednym zdaniu większości z nas kojarzy się jednoznacznie –oczami wyobraźni widzimy kilka przyzwoitych i mnóstwo kiepskich prób przeniesienia naszej ulubionej rozrywki na celuloid. Rzadziej przypominamy sobie, że niektórzy twórcy filmowi, zamiast korzystać z gotowej fabuły gry, wolą o wiele ciekawsze scenariusze - o samych graczach i o kulturowej otoczce związanej z elektronicznymi uciechami.
Niestety, filmów dotyczących naszego środowiska i zjawisk z nim związanych wciąż jest jak na lekarstwo, zaś część w Polsce nie pojawiła się w oficjalnej dystrybucji,  lub zdobyć je niezwykle trudno. Mimo to, poniżej postaram się przedstawić jak najpełniejszą kompilację celuloidowych produkcji o nas samych – graczach. Uprzedzam, w większości przypadków są to produkcje równie udane, co adaptacje filmowe gier, jednak pośród masy badziewia da się czasem odnaleźć perełki.

Gościnnie damskim okiem: Moje ulubione postacie do bicia

Dziś felieton gościnny, gdyż ja jestem obecnie zajęty tworzeniem arcydzieła z plasteliny na konkurs ogłoszony przez najlepszego polskiego vloggera. Przywitajcie więc brawami Molly Clock, weterankę mordobić, miłośniczkę urządzania hekatomby greckiemu Panteonowi i wierną fankę Vito Scaletty, tyleż zdolnej w obsłudze pada, co urodziwej. Panna Molly udowodni wam, że kobieta też gracz, i to cholernie dobry. Tak, panie Buja, ubieranie avatarów na X-Boksie i Singstar to nie jedyne wysoko notowane rozrywki płci pieknej. Dzięki autorce dowiecie się, jakie postacie panie grywające na codzień w mordobicia najbardziej cenią i dlaczego. Miejscami będzie zaskakująco.
Molly, oddaję ci głos.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...